wtorek, 17 marca 2015

Rozdział 6 "Pierwszy szlaban"

- Oj, Marie, Marie! - śmiała się Ruda. - Gdybyś widziała swoją minę! - spojrzałam na nią bykiem. Byłam w Pokoju Wspólnym Gryfonów, owinięta jak egipska mumia kilkudziesięcioma ręcznikami. Teraz ja byłam pośmiewiskiem całej szkoły! Black i jego świta zapłacą mi za to! Na domiar złego miałam jeszcze szlaban z Huncwotami. Ja nawet nie wiem za co! To oni wrzucili mnie do wody! Może za wpuszczenie chłopców do dormitoriów dziewczyn? Ty się nie odzywaj!
- Dobra, dobra, pośmiałyście się! - warknęłam zła jak osa. - A teraz Lily, czy mogłabyś z łaski swojej oddać moją różdżkę! - podczas ucieczki wypadł mi magiczny patyk. Z dwojga złego lepiej, że miał go Rudzielec niż jakiś Ślizgon!
- Masz! - rzuciła w moją stronę różdżkę.
- Dzięki! - odpowiedziałam, po czym ruszyłam do naszego dormitorium.

***

   Szłam właśnie na szlaban. Mój pierwszy szlaban. Lily, która miała jako takie doświadczenie w szlabanach, dała mi kilka wskazówek. Pierwszą z nich było nie spóźnić się, więc wyszłam z WG (Wierzy Gryffindoru) za dziesięć piąta. Droga do gabinetu McGonagall minęła mi bardzo szybko. Podeszłam do drzwi i zapukałam.
- Proszę! - usłyszałam. Pewnie nacisnęłam klamkę i weszłam do pomieszczenia.
   Nie było ono ani duże, ani małe. Ściany były w czerwonym, lekko wyblakłym kolorze. Przy nich stały regały z książkami, większość z nich było o Transmutacji. Na środku pomieszczenia stało biurko z mahonia, za którym siedziała nauczycielka.
- O, panna Ridle! - zawołała. - Dobrze, że się pani nie spóźniła! - uśmiechnęła się przyjaźnie. Pokiwałam tylko głową, na znak aprobaty. Wybiła siedemnasta, a Huncwotów nie było. Profesor McGonagall powoli się niecierpliwiła. Pięć po siedemnastej. Dziesięć. Rozległo się pukanie do drzwi.
- Proszę! - powiedziała zirytowanym tonem nauczycielka Transmutacji. Do gabinetu weszła dwójka uśmiechniętych od ucha do ucha gryfonów, jeden znudzony tym wszystkim prefekt i jeden żarłok.
- Jak miło żeście w końcu przyszli! - mruknęła zgryźliwie zdenerwowana profesorka. - Gryffindor traci po 5 punktów od każdego z was za spóźnienie! - Remus westchnął zrezygnowany. - Teraz za mną! - zarządziła McGonagall. Z ociąganiem wstałam z bardzo wygodnego fotela i ruszyłam za wicedyrektorką. Z wyższością uniosłam głowę, na znak mojej całkowitej pogardy dla Black'a i Potter'a. Peter'a zignorowałam, co było mu na rękę, a Lupin'owi posłałam cień uśmiechu. Tak jak Lily uważałam go za jedynego normalnego z tej popapranej paczki.
   Doszliśmy do gabinetu Filch'a. Profesorka zapukała lekko.
- Czego?! - warknął charłak, lecz, zobaczywszy surowy wzrok McGonagall, natychmiast się zreflektował. - W czym mogę pomóc?
- Panie Filch... - zaczęła nauczycielka. - Ma pan może jakieś zadanie dla Potter'a? - zapytała. Woźny spojrzał na James'a.
- Tak, tak! - ucieszył się. - Na pewno coś się znajdzie! - pociągnął Szukającego za rękaw. - Chodź szczeniaku! - gryfon puścił perskie oczko dla Black'a. Tylko ja to chyba zauważyłam. Cała nasza czwórka ruszyła w stronę Skrzydła Szpitalnego za profesorką. Tam zostawiła Potter'a i Pettigrew na "pastwę" szkolnej pielęgniarki. Czyli będę miała szlaban z Syriusz'em. Super! - pomyślałam. - Lepiej być nie mogło, naprawdę! 
- Wy odkurzycie puchary w Izbie Pamięci. - oznajmiła McGonagall. - A teraz oddajcie różdżki! - Bęcwał szybko położył swój magiczny patyk, a ja tylko dublikat. Drugą radą było zdublikować sobie różdżkę. Po co się męczyć, skoro magia może zrobić wszystko za nas :)
- Przyjdę za dwie godziny! - zakomunikowała profesorka. Odwróciłam się do drzwi i otworzyłam ją. Była ogromna. Pod każdą ścianą ze złota stała gablota, a w niej puchary od początku Hogwartu. Z Quiddith'a, Puchary Domów i mnóstwo, mnóstwo innych.
- Sporo sprzątania. - stwierdził mój wróg nr 1, sięgając po ścierkę. Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Nie koniecznie. - mruknęłam, wyjmując różdżkę z prawego buta. - Chłoszczyść! - Syriusz stanął z rozdziawioną buzią. - No co?!
- Co?! Gdzie?! Jak?! - wymamrotał.
- Różdżką, Black, różdżką! - odpowiedziałam, bawiąc się wspomnianym przedmiotem. - Mógłbyś się przesunąć? - bez słowa odszedł pod ścianę, a ja schowałam różdżkę z powrotem do buta. Odeszłam parę kroków do tyłu, zrobiłam z rąk ramkę. - Powinno wystarczyć. - wyszeptałam ledwie słyszalnie. - W sumie, to dzięki! - powiedziałam głośniej.
- Za co?
- Dzięki tobie mogę poćwiczyć! - zaczęłam biec, wyciągnęłam ręce do góry, zrobiłam kilka gwiazd, a na koniec wybiłam się do góry, zrobiłam śrubę w powietrzu i z lekkością i delikatnością baletnicy wylądowałam. - Jeszcze nie zardzewiałam!
- Łapo! Łapo zgłoś się! - usłyszałam. Chłopak, nadal zszokowany, sięgną do kieszeni, skąd wyjął małe lusterko. - No jesteś! Co się stało?
- Ja się jej boję! - pisnął. Potter wybuchnął śmiechem.
- A czego tu się bać? - zapytał rozbawiony. Zrobiłam do Black'a ruch, żeby mnie pokazał. Chłopak to zrobił, a wykonałam te same akrobacje, co wcześniej. - Ok, może jest czego, ale nie ma różdżki!
- Właśnie, że MA!!! - wrzasnął.
- Wiesz, co Black. - popatrzył na mnie. - Chyba częściej będę was ośmieszać! Szlaban z wami to czysta przyjemność!
- AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!
_________________________________________________________________________________

I jak się podoba? Wpadłam na pomysł, by raz publikować tu, a raz TU!
Co wy na to?

poniedziałek, 9 marca 2015

Rozdział 5 "To jest zemsta Huncwotów, kochana"

Tak mnie lekko wena podtopiła, więc musiałam coś wylać.
Zapraszam na moje... coś!
______________________________________________________________

   Obudziłam się następnego dnia w wyśmienitym humorze. Zresztą, kto by się nie cieszył, że zrobił kawał największym kawalarzom w Hogwarcie?! Spojrzałam na zegarek, stojący na mojej komodzie. 7:30. Wow... Chyba zmieniam się w rannego ptaszka! Dziś sobota i można dłużej pospać, ale ja już się wyspałam, więc postanowiłam zająć łazienkę, póki dziewczyny śpią. Wzięłam jakieś przypadkowe ubrania i weszłam do łazienki. Wzięłam szybki, zimny prysznic, wysuszyłam i pokręciłam włosy, ubrałam zabraną z pokoju odzież, którą okazała się biała opinająca ciało bluzka i czarne leginsy i moją ulubioną liliową bluzę. Przejrzałam się trochę w lustrze, po czym poczochrałam lekko swojej włosy, by były bardziej puszyste. Wyszła z łazienki i omiotłam pomieszczenie krytycznym wzrokiem. Był tu straszny burdel, ale można przeżyć. Dziewczyny dale spały, lecz poczułam, że moim obowiązkiem jest je obudzić. W bardzo wredny sposób! Bu-ha-ha-ha-ha!
   Wyszłam z naszego dormitorium i skierowałam swe kroki do królestwa Huncwotów. Otworzyłam cicho drzwi i rozejrzałam się po pokoju. Tu też wszyscy spali. Wyszeptałam odpowiednie zaklęcie i po chwili dwójka Huncwotów wisiała w powietrzu. Przeniosłam ich przez pusty pokój wspólny i wróciłam do swojego pokoju. Ruszyłam w stronę łóżka rudowłosej Gryfonki i obok niej położyłam Jamesa, a przy Dorcas-Syriusza. Wyczarowałam trzy kubły z lodowatą wodą, które umieściłam nad łóżkami współlokatorek. Upiekę dwie pieczenie na jednym ogniu! Obudzę dziewczyny i ponownie zrobię kawał Potterowi i Black'owi. Cichaczem wyszłam z dormitorium. Przez lekko uchylone drzwi przyjrzałam się śpiącym Gryfonom.
- Czas na pobudkę! - szepnęłam i krótko machnęłam różdżką, po czym pędem ruszyłam do Wielkiej Sali. Nie chciałam, by domyślili się, że to ja. Mimo pośpiechu zdążyłam usłyszeć wrzask przerażonych Lily i Dorcas.
   Jesteś okropna! Wiem, ale coś musiałam odziedziczyć po ojcu! Bez komentarza!
   Po kilku minutach biegu dotarłam do na śniadanie. Przy stole Gryfonów siedziało kilka osób. Usiadłam i spokojnie zaczęłam jeść. Nie minęło pół godziny, a na salę weszli Huncwoci z moimi współlokatorkami z istnym mordem w oczach.
   Oj, chyba mam kłopoty! No raczej! Mam dla ciebie dobrą radę. Jaką? WIEJ!!!
   Za radą mojego sumienia, wyskoczyłam z ławki i popędziłam na około do wyjścia.
- MARIE! - usłyszałam krzyk. Przyspieszyłam lekko, ale to nic nie pomogło. Przed drzwi do WS wyskoczyli Syriusz i James. Z tyłu natomiast stały Dorcas, Lily i Mara.
- Ładnie to tak budzić koleżanki? - zapytała wściekła Ruda. Mówiłam, że masz tego nie robić, ale ty mnie jak zwykle nie słuchałaś! Nic nie mówiłaś!!! Ale chciałam!
- Chłopaki! - krzyk Meadowes kazał mi przerwać kłótnie z własnym sumieniem. - ATAK!!! - wszyscy wyjęli różdżki i krzyknęli: - Aquamenti Maxima! - padłam plackiem na ziemię w ostatniej chwili. Moi oprawcy zaczęli oblewać siebie na wzajem, a ja doczołgałam się do drzwi i wyszłam.

***

   Ale masz nauczkę na przyszłość! Jaką niby?! Nigdy nie budź w ten sposób przyjaciółek, bo oberwiesz! No dzięki, sama bym w życiu się nie domyśliła! Nie ma za co, to ja spadam!
   Leżałam aktualnie na ramieniu Black'a. Za nim szli w odległości około jednego metra James, Lily, Dorcas i Tamara. Mój pomysł na kryjówkę nie był zbyt dobry, bo pół godziny później znaleźli mnie. Teraz Syriusz niesie mnie w stronę Sali Wejściowej. Już wiem, co kombinują! Ale ja jestem sprytniejsza!
- Syriuszu, postaw mnie! - zaczęłam swoją grę przesłodzonym tonem.
- Nie. - powiedział zimno.
- Proszę!
- Nie.
- Ale ja tak ładnie proszę! - pomachałam wdzięcznie oczami.
- Powiedziałem: nie! - syknął. Okej nie chcesz po dobroci, to trzeba podstępem.
- Pff... Powinieneś mi dziękować! - etap II już nie jest taki słodki.
- Niby za co?! - spytał oschle.
- No błagam Cię! - odpowiedziałam. - Chyba nie powiesz, że nigdy nie chciałeś widzieć Dor w mokrej koszuli nocnej?! - za odpowiedź miałam ciszę, więc ciągnęłam dalej. - Widać, że nie znasz się na żartach.
- Ja się nie znam?! - nadszarpnięte ego - jest! - JA SIĘ NIE ZNAM!!!
- Tak, bo nie chcesz mnie postawić! - jeśli to zrobi to ogłaszam uroczyście, że jest on podgatunkiem człowieka. Chłopak postawił mnie na ziemię.
- I co? 
- Jesteś najgłupszym stworzeniem jakie kiedykolwiek widziałam! - parsknęłam śmiechem, po czym zaczęłam biec najszybciej jak potrafię.
- EJ! - usłyszałam za sobą krzyk i stukot kilku par butów. Nie byłam szybka, ale teraz mogłabym wyprzedzić nawet Kubicę! Niestety, przeliczyłam się. Po kilku minutach biegu dogonił mnie Syriusz, złapał i prędko wyszedł na błonia, bo akurat złapał mnie przy Sali Wyjściowej. Było ciepło i każdy uczeń Hogwartu był tam. Wszedł na molo, które stało w jeziorze, daleko od jaskini trytonów.
- Hej! - krzyknęłam. - Ja wylałam na was tylko trzy wiadra wody i to w dormitorium, a wy chcecie mnie upokorzyć na oczach całej szkoły! To nie fair! 
- Jakby nie patrzeć, to ty wczoraj też upokorzyłaś nas na forum szkoły! - powiedział z ironicznym uśmiechem Black. - To jest zemsta Huncwotów, kochana! - i wrzucił mnie do wody.

________________________________________________________

Daje wam pełne pozwolenie na poćwiartowanie i spalenie mnie za ten pomiot prawdziwej prozy! Tylko zróbcie to szybko!

poniedziałek, 23 lutego 2015

Problemy

   Przepraszam was bardzo!
   Mam malutkie problemy z napisaniem notki, głównie z przyczyn osobistych.
   Nie wiem kiedy się pojawi następny post, mam nadzieję, że nie długo.
   Pozdrawiam wszystkich gorąco!

wtorek, 27 stycznia 2015

Rozdział 4 cz.3 "Zemsta"

- Dzisiaj będziemy ważyć Eliksir Pieprzowy! - ogłosił profesor Slughorn, opiekun Slytherinu. - Składniki znajdziecie na stronie czternastej! - szybko przekartkowałam strony. Eliksiry bardzo lubiłam, ale nie, tak jak Wróżbiarstwo! Tak, moim ulubionym przedmiotem Wróżbiarstwo! Jest tak wiele sposobów na wywróżenie przyszłości. Fusy po herbacie, linie dłoni, sny, gwiazdy...
   Pokręciłam głową, odrzucając inne myśli i zaczęłam zajmować się eliksirem. Po kilkunastu minutach, zamiast szarej barwy, którą powinien mieć, była zielona papka. Głowiłam się, gdzie zrobiłam błąd. Spojrzałam na przepis jeszcze raz. Wszystko zrobiłam dobrze! Chyba...
- Lily... - spojrzałam na nią błagalnie. Dziewczyna popatrzyła na mój wywar i powąchała go.
- Zapomniałaś o kle węża. - stwierdziła, a kiedy miałam go wrzucić, syknęła. - Najpierw go sproszkuj! Jeśli wrzucisz taki duży, cała sala pójdzie z dymem... - ledwo  wypowiedziała te słowa, a usłyszałyśmy wybuch na końcu klasy. Obejrzałyśmy się. Stali tam Potter i Black.
- Oszukałaś mnie, Evans! - wrzasnął Syriusz. - Mówiłaś, że wszystko pójdzie z dymem, a z dymem poszły moje włosy! MOJE PIĘKNE WŁOSY!!! - schował twarz w dłoniach i zaczął udawać szloch. Przewróciłam oczami. Co za narcyz! Już się nie dziwię, dlaczego jego kuzynka nazywa się Narcyza! Cała jego rodzina ma skłonności do samozachwytu.
- Masz i już nie becz! - zawołałam rozbawiona i machnęłam magicznym patykiem w jego stronę. I jemu, i James'owi zaczęły odrastać włosy. Dotknął nie pewnie głowy, a gdy poczuł swoje kudły, uśmiechnął się do mnie z wdzięcznością, a ja posłałam mu kpiący uśmiech i wróciłam do swojej pracy.
   Zmieliłam kieł, proszek wsypałam do kociołka i zaczęłam mieszać, a gdy zabarwił się na szaro, wlałam do fiolki, którą zaniosłam do Slughorna. Po chwili zadzwonił dzwonek i każdy zaczął pośpiesznie zbierać swoje rzeczy. Ja się nie spieszyłam. Wiedziałam, że ci Huncwoci będą chcieli mi podziękować, a wtedy wcielę swój plan w życie.
   Czy to nie jest przesada?! Wcale nie! Zresztą, czemu ty się odezwałaś?! Było tak pięknie... Przestań jęczeć! Odezwałam się, byś nie zrobiła czegoś głupiego! Nic nie mów!!! To będzie cudowne, więc nie wtrącaj się! Jeszcze mnie przeprosisz i będziesz błagać o pomoc! Pfff..., po moim trupie!
   Po "przemiłej" rozmowie z własnym, chorym psychicznie sumieniem,... Hej!, wyszłam jako ostatnia z klasy. Szłam powoli, bo udawałam, że podręcznik do eliksirów bardzo mnie zaciekawił. Nagle dwa męskie ramiona mnie objęły. Zadarłam głowę do góry i spojrzałam w lewo, napotkałam orzechowe oczy, i w prawo, tu z kolei patrzyły na mnie królewsko błękitne.
- Dzięki, Riddle! - uśmiechnął się rozbrajająco. - Gdyby nie ty, byłbym łysy i która by mnie wtedy chciała! - zaśmiał się, a raczej zaszczekał.
   Parsknęłam krótko śmiechem, po czym rozejrzałam się. Nikogo nie było. Idealnie! Chwyciłam Huncwotów na luźne krawaty i pociągnęłam do pierwszej lepszej klasy. Rzuciłam ich na krzesła i zamknęłam zaklęciem drzwi w tej samej chwili. Obaj patrzyli na mnie z przerażeniem, a ja poczułam mrowienie w oczach. Oho! Neonówki się pojawiają.
   Takie ciekawe zjawisko, kiedy w moje oczy zmieniają kolor, a właściwie mieszają się z kolorem oczu mojego "ojca".
- Wy serio myśleliście, że wyczarowałam wam włosy bezinteresownie! - syknęłam.
- Mieliśmy taką nadzieję... - mruknął Syriusz, a ja uśmiechnęłam się wrednie.
- Zostawię wam te kudły... - powiedziałam wielkodusznie.
- Och, dzięk... - zaczął James.
- Ale! - uniosłam palec do góry. - Ale musicie coś dla mnie zrobić!
- Co? - zapytali ze strachem. Nachyliłam się do Black'a i szepnęłam mu do ucha zadanie.
- Nie...
- Tak.
- NIE!!! - wrzasnął.
- Jesteś prawdziwym Huncwotem, czy nie? - spytałam.
- Oczywiście, że jestem! - zapewnił.
- Więc zrobisz to!
- Zgoda... - wycedził. Nie wierzę! On jest taki głupi!
- Możecie iść... - gdy wychodzili, dodałam. - Lupin i Pettigrew mają wam pomóc!
   Jesteś potworem! No wiem! Czy to nie cudowne?! Nie! Oj cicho siedź, nie znasz się! A ty się niby znasz?!
   Potrząsnęłam głową i ruszyłam w stronę WS. Już nie mogę się doczekać tego... Wow, mogłam wam powiedzieć mój plan! Nie mogę wam zepsuć niespodzianki! Szybko weszłam do pomieszczenia i usiadłam pomiędzy Lily a Tamarą. Nałożyłam trochę jedzenia, czytaj tylko sałatkę grecką, i zaczęłam jeść.
   Nagle do Wielkiej Sali weszli Huncwoci w przebraniach. Peter-świnia, Remus-kura, James-krowa, a Syriusz miał przebranie farmera. Ten ostatni omiótł salę spojrzeniem, a najdłużej patrzył na mnie. Jego wzrok mówił: "Zapłacisz mi za to!", po czym wziął bandżo i razem z Potterem zaczął śpiewać "Stary farmer farmę miał...", a Lupin i Pettigrew wykonywali jakieś dziwne wygibasy, które miały być kowbojskim tańcem. Gdy "biedacy" skończyli, cała sala, nawet McGonagall, wybuchnęła śmiechem, a oni pośpiesznie opuścili salę. Nachyliłam się do Lily, która dostała ataku:
- TO jest moja zemsta! - szepnęłam.
- Jak ich do tego zmusiłaś?!
- Tajemnica Marie Riddle! - powiedziałam z delikatnym uśmiechem.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Uff... W końcu napisałam! Przepraszam, że tak długo mnie nie było, ale zbliżał się koniec semestru, ostatnie poprawy itp., rozumiecie, prawda?
Mam nadzieję, że się spodobało!
Zachęcam do komentowania!

niedziela, 11 stycznia 2015

Rozdział 4 cz.2 "Sumienie"

* Perspektywa Syriusza *

   Wchodząc na podwyższenie, patrzyłem na przeciwniczkę, która, z pewnością malowaną na twarzy, pokonała ostatni stopień. Wiedziałem, że się jest wkurzona za te włosy. Trochę się przeraziłem, ale nie jej groźbą, która swoją drogą była dość straszna. Tylko jej oczami. Jak odsunęła się ode mnie, nie patrzyła morskimi łagodnymi oczami, lecz jaskrawymi, fioletowymi ślepiami z chęcią mordu*. Tego się przestraszyłem. 
   Kiedy podawaliśmy sobie ręce, ponownie w jej oczach pojawiły się neonowo-fioletowe blaski. Odsunąłem się od niej jak najprędzej. Po dziecięciu krokach odwróciłem się i mruknąłem:
- Expelliarmus!
- Protego! - krzyknęła. Odbite zaklęcie trafiło w listę pana Bedella, która poleciała na drugi koniec klasy. - Drętwota!
- Protego! Rictusempra! - dziewczyna nie zdążyła się uchronić i zaczęła się przeraźliwie śmiać. To brzmiało jak śmiech szaleńca. Cóż się dziwić, skoro jej ojcem jest Voldemort. - Petrificus Totalus! - Riddle padła na ziemię.
- Wygrywa pan Black! - ogłosił profesor. Rzuciłem przeciw zaklęcie i podałem jej rękę.

 * Perspektywa Marie *

   Fakt, pokonał mnie, ale to była część planu. Planu, który wymyśliłam chwilę przed pojedynkiem. A polega on na... Haha, myślicie, że wam powiem!
   Chwyciłam jego rękę i podniosłam się.
- Dzięki! - mruknęłam. - Gratuluję!
- Dziękuję! - powiedział z wyraźnym triumfem w oczach. Oj, żebyś wiedział, to Cię czeka, to nie szczerzył byś się tak, tylko zwiewał do Amazonii. - pomyślałam, śmiejąc się w duchu. Zeszłam i podeszłam do Lilki, Doris i Tammy.
- To była twoja zemsta? - spytała Ruda.
- Nie, moja będzie gorsza niż upokorzenie przed Ślizgonami. - zatarłam ręce.
   Po dwóch godzinach OPCM była Transmutacja, na której zmienialiśmy żuki w guziki, potem Zaklęcia, na których powtarzaliśmy zaklęcia i uroki z pierwszych dwóch lat nauki i ostatnie dwie godziny eliksirów, które mieliśmy ze Ślizgonami.
   Szczerze, nie rozumiem tej nienawiści między Gryffindorem i Slytherinem. Na przykład taki Snape i Potter. Tylko z tytułu, że są w nienawidzących się domach, są wrogami. A Lily, się przyjaźni się z Severusem i za to ją podziwiam. Ja nie potrafiłabym tak.
   Stałam przed salą i czekałam na dzwonek. Przy okazji opowiadałam miedzianowłosej mój genialny plan. 
   O, jakaś ty skromna! A ty kto? Twoje sumienie. Ja mam sumienie?! Jak każdy! A może znasz sumienie Black'a? Jak mogłabym znać czyjeś sumienie! Nie wiem. Jesteś dziwna! Amerykę żeś odkryła, Kolumbie! No dobra, czas przestać rozmawiać z tym irytującym czymś. Ej, ja tu jestem! No wiem i dlatego to mówię! To będzie trudniejsze niż myślałam! Ale co? Jajco! Ha ha ha, strasznie zabawne! Dziękuję! To był sarkazm! To nie dziękuję! I wiesz co? Co? Obrażam się! Nareszcie!
- Marie! Hogwart do Marie! - Lily zaczęła przed moją twarzą.
- Co?
- Nic, oprócz tego, że właśnie kosmici zabrali Huncwotów!
- Nareszcie zabrali swoich! - po tym Lilka zaczęła się śmiać jak opętana. Zwróciła na nas uwagę wszystkich uczniów, którzy byli przed klasą.
- Hej słońce! - podszedł do nas James i objął rudą. - Umówisz się ze mną?
- Chyba śnisz!
- Tak, o tobie!
- Mam nadzieję, że są to koszmary!
- A ja mam nadzieję, że ty też śnisz o mnie! - potem popatrzył na mnie. - Co się gapisz? - warknął.
- Tylko myślę, co tu robisz, bo Lily mi powiedziała, że Ciebie i twoją grupę, pożal się Boże, przyjaciół porwali kosmici.
- Jak bardzo bym chciała, żeby to była prawda... - powiedziała rozmarzona Lilka, na co ja wybuchłam śmiechem.
- Proszę wejść do klasy! - powiedział nasz nauczyciel eliksirów, profesor Slughorn.

_______________________________________________________________

Przeczytałeś = skomentuj :)

czwartek, 8 stycznia 2015

Rozdział 4 "Początek wojny"

   Od incydentu z Nigelem minął tydzień. Huncwoci omijali mnie szerokim łukiem, przez co większość swojego czasu spędzałam z Lily w bibliotece. Podczas tych krótkich siedmiu dni sporo się dowiedziałam o sobie. Byłam dobra z zaklęć i eliksirów, po mojej rudowłosej przyjaciółce i pewnym Ślizgonie, Severusie Snape'ie byłam ulubienicą Slughorn'a. Zaskakujące dla mnie i dla moich przyjaciół, był fakt, iż najlepiej radziłam sobie z Wróżbiarstwa i Historii Magii.
   Huncwoci, ku uldze Tamary, Dorcas i Lily, a ku mojej rozpaczy, całkowicie zapomnieli się zemścić na mnie. Tak przynajmniej myślałam...
   Był piątek. Przez niektórych najbardziej wyczekiwany dzień w tygodniu, inni natomiast zaczynali odliczać minuty do poniedziałku. Wstałam wcześnie, co mnie zdziwiło. Zwykle budziłam się pół godziny przed pierwszą lekcją i chodziłabym na lekcje z pustym brzuchem, gdyby nie moje przyjaciółki, które zawsze coś mi przynosiły. Wracając... Wstałam o szóstej i, by nie marnować czasu, poszłam do łazienki. Wzięłam zimny prysznic, by zmyć z siebie senność, po czym jednym ruchem różdżką wysuszyłam się. Opłukałam jeszcze twarz, by całkowicie się wybudzić i spojrzałam w lustro. Wyglądałam całkiem zwyczajnie. Miałam delikatne rysy twarzy, zgrabny lekko zadarty nosek, wskazujący na moją ciekawską naturę, morskie oczy i pełne usta w kolorze dojrzałych, soczystych malin. Jedna rzecz mi nie pasowała w moim wyglądzie, mianowicie włosy. Zwykle ciemno brązowe, prawie czarne delikatnie falowane, teraz były proste jak drut i błękitne. Wczoraj nie jadłam nic podejrzanego, a na eliksirach warzyliśmy prosty wywar Żywej Śmierci. Więc jakim cudem moje włosy są niebieskie!
- Huncwoci... - olśniło mnie. Kto inny zrobiłby coś tak dziecinnego! Z opowieści dziewczyn wiedziałam, że ich takie kawały nie łatwo się usuwają, więc nawet nie próbowałam. Za to dodałam coś od siebie. Wyczarowałam kilka liliowych pasemek i, o dziwo, całkiem fajnie to wyglądało. Przeczesałam je delikatnie szczotką, nałożyłam lekki makijaż i wyszłam, z przepełnioną głową różnymi pomysłami na zemstę. Szłam spokojnie korytarzem, mijając po drodze zszokowanych uczniów i przerażone gobeliny. Otworzyłam drzwi do Wielkiej Sali, skupiając na sobie wzrok wszystkich uczniów i nauczycieli, którzy byli akurat w pomieszczeniu. Pewna krukonka na mój widok zakrztusiła się konsumowanym tostem, a jakiś puchon wypluł sok dyniowy na przyjaciela siedzącego obok. A ja usiadłam przy stole Gryfonów i ignorując wścibskie spojrzenia i szepty, wzięłam coś do jedzenia i zaczęłam to jeść. Po kilku minutach do sali weszły dziewczyny. Omiotły spojrzeniem całe pomieszczenie i zatrzymały wzrok na mnie, a raczej na krzyklawym kolorze moich włosów. Ruszyły w moją stronę szybkim krokiem.
- Co ci się stało z włosami? - zapytała przerażona Dorcas.
- Huncwoci i zemsta... - powiedziałam tylko. Załapały w mig.
- Co zamierzasz zrobić? - w oczach Lily widziałam błaganie, bym nie zaczynała wojny.
- Zamierzam wymyślić dobrą zemstę i odpłacić im pięknym za nadobne. - miedzianowłosa westchnęła z rezygnacją. Po śniadaniu pierwszą lekcją było podwójne OPCM. Przed klasą stali już Huncwoci w otoczeniu kilku blondynek z toną tapety na twarzy. Lily próbował schować się za mną, lecz James ją zauważył.
- Hej, Evans! - zawołał wesoło i przeczesał ręką włosy. Aż mnie korciło, żeby mu coś zrobić, ale byłam grzeczną dziewczynką i usunęłam się z drogi chłopakowi, który zmierzał w stronę rudej.
   Stanęłam z boku i przyglądałam się z uwagą mojej różdżce. 11 i pół cala, giętka, rdzeń - opiłki z rogu jednorożca, jarzębina. Prawdziwy znawca różdżek po jej obejrzeniu może stwierdzić, iż nie param się czarną magią, którą tak czci mój "ojciec".
- Do twarzy Ci w niebieskim... - mruknął ktoś przy moim uchu. Podskoczyłam przerażona. Obok mnie stał Syriusz z swoim firmowym uśmieszkiem. Wykonałam ledwo zauważalny ruch różdżką i z radością patrzyłam jak jego przy długie kudły zmieniają kolor.
- Dzięki! A tobie do twarzy w różu, Black - powiedziałam i podałam mu lusterko, które nosiłam przy sobie. Spojrzał na nie z przerażeniem w oczach i zaczął piszczeć jak dziewczyna.
- Masz odczarować moje włosy! Teraz! - wrzasnął.
- Hmm... - udałam, że się zastanawiam. - Odczaruję od warunkiem, że ty odczarujesz moje, zgoda?
- Zgoda! - machnął magicznym patykiem i niebieskie włosy zniknęły. - Te fioletowe pasemka to nie moja sprawka! - uniósł ręce do góry, w geście poddania.
- Wiem. - powiedziałam, odczarowując jego kudły. - Sama sobie to zrobiłam. - podeszłam do niego i przybliżyłam się do jego ucha. - Ja jeszcze się zemszczę za te włosy. A moja zemsta będzie prawie tak okrutna jak zaklęcie Cruciatusa! - odsunęłam się, by napawać się jego przerażoną miną.
   W tym czasie przybył nauczyciel Obrony Przed Czarną Magią. Nazywał się Jonh Bedell. Był średniego wzrostu, miał rzadkie ciemnoblond włosy i jasnobrązowe oczy. Na prawym policzku miał długą, świeżą szramę, lekko zaróżowioną.
- Proszę wejść! - zagrzmiał ochrypłym głosem. Gryfoni i Ślizgoni, z którymi mieliśmy OPCM, weszli do dużej przestronnej klasy z niewielkim podwyższeniem. Na ścianach wisiało wiele portretów słynnych pogromców olbrzymów oraz łowców wampirów i wilkołaków. W rogu ściany stała stara zabytkowa szafa z boginem.
- Dzisiaj nie będziemy ćwiczyć zaklęć. Dziś będziecie uczyć się praktyki. - oznajmił profesor. - Gdy kogoś wybiorę, ma wejść na podwyższenie i zacząć pojedynek. - wyjął z kieszeni kartkę z imionami i nazwiskami. - Na początek panna Hegel i panna Bacon. - pierwsza dziewczyna była niska, dość otyła i, lekko mówiąc, przestraszona. Druga to jedna z blondynek, które przed lekcją otaczały Huncwotów. Pewnie weszła na podwyższenie, w przeciwieństwie do przeciwniczki, która potknęła się o ostatni stopień. Walka po paru sekundach się skończyła, gdyż panna Bacon szybko rozbroiła dziewczynę. Kolejne walki nie były interesujące. Dopiero chyba szósta była warta uwagi.
- Pan Potter i pan Snape! - wyczytał nauczyciel. Każdy był ciekawy, jak potoczy się walka dwóch najzagorzalszych wrogów, którzy wchodząc na podest, patrzyli na siebie z nienawiścią. Ukłonili się i cofnęli o kilka kroków. Po odwróceniu się James od razu zaatakował. 
- Expelliarmus!
- Protego!
   Potem rzucił zaklęcie Severus, a Potter odbił. I tak to trwało przez 10 minut. Profesor Bedell, jak wszyscy uczniowie, zniecierpliwił się.
- Stop! - krzyknął. - Jest remis! Zejdźcie! - chłopcy zeszli mierząc się spojrzeniami. - Teraz panna Riddle i pan Black! - z uśmiechem na twarzy weszłam na podest. Oj, będzie zabawa! - pomyślałam wesoło.

_________________________________________________________________________________

Liczę na komentarze z pochwałami i krytyką^^


niedziela, 4 stycznia 2015

Rozdział 3 cz.2 "Jeśli jesteś Ślizgonem, wchodź!"

- Jesteś najbardziej szaloną osobą jaką znam! - krzyknęła Lily, gdy wyszłyśmy z Wielkiej Sali. - Mieszkam z Huncwotami w jednym zamku od czterech, a nawet pięciu lat i znam ich! Zemszczą się na tobie!
- Już nie mogę się doczekać. - mruknęłam pod nosem. Uwielbiam wyzwania, a konkurowanie z paczką największych rozrabiaków w szkole napawało mnie coraz większą energią. Nie mogłam się nie uśmiechnąć na wspomnienie miny Syriusza po mojej "przemowie".
   Szłam przez korytarze Hogwartu z moimi nowymi przyjaciółkami, które opowiadały mi o wszystkim, co może mi się przydać w szkole. Na jakich lekcjach warto uważać, a które można olewać. Którzy nauczyciele są w porządku, a którym nie powinno się podpadać. Wszystkie zgodnie uznały, że nie powinnam wdawać się w wojnę z Huncwotami. Podczas tych pogaduszek doszłyśmy do portretu dość otyłej kobiety w różowej, falbaniastej sukni. Patrzyła na nas obojętnie i ze znudzoną miną.
- Czekoladowe żaby! - powiedziała Tamara, a obraz uchylił się jak drzwi, pokazując przejście.
- Śmiało! - popchnęła mnie Dorcas. Z cichym westchnieniem weszłam do pomieszczenia.
   Było ogromnie, ale nie tak jak Wielka Sala. Pokój był utrzymywany w kolorze złota i purpury. Centrum całego pomieszczenia był kominek, wokół którego były poustawiane kanapy, pufy, poduszki i stoliki, wszystko w kolorach Domu Lwa. Na ścianach wisiało mnóstwo obrazów i czerwonych gobelinów. Nad paleniskiem powieszony był obraz wysokiego brodatego mężczyzny o złotych, bujnych jak lwia grzywa włosach. Po obu stronach pokoju były schody, prowadzące do dormitoriów, pomiędzy którymi były okna z parapetami wyściełanymi bordowym aksamitem, a pod nimi stały gabloty z książkami.*
- Wow... - powiedziałam niezwykle inteligentnie. Dziewczyny zaśmiały się z mojej reakcji.
- Chodź, Marie! - zawołała wesoła Tamara. - Poszukamy twojego dormitorium! - po czym wbiegła na schody. Razem z resztą dziewczyn ruszyłam za nią.
- Jak znajdziesz swoje dormitorium, to przyjdź do nas. - zawoła Lily. - Będziemy w pokoju wspólnym.
   Na górze był długi wąski korytarz, dość słabo oświetlony. Było w nim mnóstwo drzwi prowadzących do dormitoriów, a na każdym była złota tabliczka z imionami i nazwiskami. Podeszłam do najbliżej stojących drzwi i spojrzałam na nazwiska. Nie było mojego imienia. Na kolejnych siedmiu też nie było. Na ósmych:

Evans Lilianne
Harris Tamara
Meadowes Dorcas

   Dotknęłam ręką tabliczki, a na niej pojawiło się moje imię. Otworzyłam drzwi i weszłam. 
   Było to dość obszerne pomieszczenie. Od razu było wiadomo, kto tu mieszka. Na podłodze z ciemnego dębu walały się różne bluzki, spodnie, spódnice i sukienki. Na ścianach wisiało mnóstwo plakatów różnych magicznych zespołów, lecz mimo to można było zauważyć lilowy kolor ścian. W każdym rogu pokoju stało łóżko z kolumienkami z świerkowego drewna i kotarami w kolorze ścian. Przy każdym stała mała komoda, na której stała lampka w kształcie dzwoneczków. Trzy łóżka były zawalone ubraniami, a na czwartym stał mój kufer i klatki z moimi zwierzątkami. Postanowiłam otworzyć klatkę Nigel'a. Wsunęłam rękę, by wyjąć tego lenia. Ale go nie było! Mój wąż ZNIKNĄŁ!
- AAAAAAAAAAA!!! - wrzasnęłam i pobiegłam na dół. Dziewczyny i reszta Griffindoru spojrzało na mnie jak na szaleńca, który wydostał się z kaftanu.
- Co się stało? - spytała Tamara.
- Nigel zniknął! - krzyknęłam. Lily spojrzała na mnie pytająco.
- A to to Nigel? - zapytała Dorcas.
- MÓJ WĄŻ!!! - wszyscy spojrzeli na mnie, a potem zaczęli piszczeć i wskakiwać na stołki.
- CISZA! - ponownie skupiłam wzrok wszystkich na sobie. - Trzeba przeszukać dormitoria i... - przerwał mi krzyk. 
- Kto to był? - spytałam. Jakaś blondynka zmarszczyła brwi.
- To chyba był Jimi... - mruknęła po chwili. Spojrzałam na dziewczynę i mogłabym przysiąc, że w moich oczach były zapytajniki.
- Potter... - wyjaśniła Lily. Po jej słowach wbiegłam na schody i ruszyłam do drzwi, zza których wydobywały się "bardzo męskie" piski. Zapukałam.
- Jeśli jesteś Ślizgonem, wchodź! - usłyszałam.
- Bardzo zabawne Black... - prychnęłam i weszłam do największego wysypiska na całym świecie. 
   Wszędzie walały się ubrania, nawet nie mogłam zobaczyć podłogi. 
- Riddle! Nie wiedziałem, że jesteś Ślizgonką! - zaśmiał się Syriusz, stojący na jednym z zawalonych brudnymi ubraniami razem z resztą kolegów. Obok kupy skarpetek coś zasyczało.
- Ci idioci próbowali mnie zjeść!** - syknął Nigel. Parsknęłam śmiechem, a chłopcy spojrzeli n mnie jak na wariatkę. 
- Co chcieliście zrobić temu biednemu stworzeniu? - spytałam rozbawiona.
- Nic. - powiedzieli chórkiem.
- Kłamią! - wąż zanurkował w morzu ubrań, by wynurzyć się przy mojej nodze i wspiąć się po niej na moją szyję. - Przysięgam, że oni próbowali mnie zjeść! - wyszeptał mi do ucha. 
- Oj tam! Teraz odpuść, a następnym razem pozwolę Ci ich zatruć... Uwierz mi... Mamy wspólnego wroga... - Huncwoci lekko się cofnęli. - Nigel wam wybacza, ale nie radzę wam go straszyć. Dałam mu pozwolenie na gryzienie. - wyszłam z wężem na ramieniu, zostawiając sparaliżowanych chłopców. 
_________________________________________________________________________________
* - tak wyobrażałam sobie pokój wspólny.
** - Marie jest wężoustna
_________________________________________________________________________________
Mam nadzieję, że się spodobało^^