środa, 13 maja 2015

Zawieszam

Niestety, w związku z końcem roku szkolnego oraz moim bierzmowaniem jestem zmuszona zawiesić tego bloga oraz inne :(
Bardzo mi przykro...

niedziela, 3 maja 2015

Rozdział 8 "Ślizgonka Marie"

- To karygodne, by uczniowie Gryffindoru robili takie rzeczy! - krzyczała McGonagall. - To się po prostu nie mieści w głowie...
- Minevro! - przerwał jej łagodnie Dumbledore. - Ja wiem, też tam byłem!
- Trzeba ich ukarać. - stwierdziła profesorka.
- Tak. - zwrócił się teraz do nas. - Odejmuję Gryffindorowi 25 punktów od każdego z was. - spuściłam głowę, udając zawstydzoną i skruszoną. - Panno Riddle! 
- Tak. 
- Czy używałaś czarów do swojego żartu? - zapytał, świdrując mnie swoimi błękitnymi przenikliwymi oczami.
- Użyłam Zaklęcia Zmiany Koloru. - odparłam, ze zdziwioną miną.
- Minevro, czy przerabiałaś to już z piątym rokiem?
- Nie, Dumbledorze! - powiedziała nauczycielka Transmutacji.
- Rozumiem. - popatrzył teraz na Huncwotów. - A wy chłopcy też używaliście czarów.
- Nie. - odpowiedział Lupin. - Malowaliśmy wszystko ręcznie.
- Dobrze. - wstał i omiótł wszystkich w pomieszczeniu. - Przyznaję Gryffindorowi 25 punktów od każdego z was, za przyznanie się do winy i dodatkowo 50 punktów Pannie Riddle, za użycie zaklęcia, którego jeszcze jej rocznik nie przerabiał. - wytrzeszczyłam oczy. - Oczywiście, panna Riddle jest zobowiązana odczarować Panią Norris, a pan Black, pan Potter, pan Lupin i pan Pettigrew mają przywrócić poprzedni wygląd schowka pana Filch'a. Dostaniecie także tygodniowy szlaban. - Dostałam dodatkowe punkty i jeszcze szlaban! Czy świat może być piękniejszy?! - Wszystko jasne?
- Tak. - powiedzieliśmy chórem.
- Do widzenia.
- Do widzenia, panie profesorze! - i wyszliśmy. Szybko przyspieszyłam, nie chciałam być w ich towarzystwie dłużej niż to konieczne. Dobre samopoczucie towarzyszyło mi przez cały dzień i nie opuściło mnie, nawet, gdy Huncwoci wylali na mnie kubeł wody przed snem.


***

   Obudziłam się tak późno, że o mało co nie spóźniłam się na Zielarstwo. Na szczęście profesor Sprout była wyrozumiała i nie odjęła mi punktów. Cały czas ziewałam i byłam tak zaspana, że roślina, którą się dziś zajmowaliśmy, prawie odgryzła mi rękę. Po Zielarstwie mieliśmy Historię Magii, więc postanowiłam przeznaczyć ją na sen. Gdy tylko usiadłam w ławce, położyłam głowę na prowizorycznej poduszce, którą był mój podręcznik. Nie minęła minuta, a odpłynęłam w krainę snów, uśpiona głosem profesora Binns'a.

   Znalazłam się w wielkiej nadmorskiej willi. Poznałam od razu to miejsce. Biały Smok. Dom, w którym się wychowywałam i w którym mieszkałam, gdy myślałam, że jestem zwykłą dziewczyną. Rozejrzałam się wokół siebie. 
   Dom stał niedaleko klifu, z którego rozprzestrzeniał się przepiękny widok na morze Adriatyckie. Blisko była również piaszczysta plaża, przy której rosła wiecznie zielona roślinność. 
   Ruszyłam w stronę budynku. Był on biały i miał wielkie okna. Zadbany, czysty, ale pełen ciepła dom. Wyglądał tak samo, jak w dniu, gdy zostałam porwana. Stanęłam przy drzwiach z dębu korkowego. 
   Spróbowałam chwycić klamkę, ale moja dłoń przeniknęła przez nią. Jeszcze raz i znowu to samo. Wyciągnęłam rękę na całą długość i, zamiast zatrzymać się na drewnie, ona jakby wsiąkła w drzwi. Zachęcona wyciągnęłam drugą rękę i nogę. W końcu odważyłam się przejść przez nie. Nic się nie stało, tylko przeniknęłam nie! Stałam w przestronnym i gustownym przedpokoju. Na jednej ze ścian wisiał obraz przedstawiający panoramę Wenecji. Usłyszałam dziewczęcy śmiech. Mój śmiech. Ruszyłam w stronę jego źródła, do pokoju, którym był salon. Były tam trzy osoby.
   Jedną z nich był wysoki i barczysty mężczyzna z śniadą cerą i czarnymi włosami. W jego brązowych, ciemnych oczach błyszczały iskierki radości.
   Drugą osobą była niska, troszeczkę pulchna kobieta, z oliwkową cerą i błękitnymi oczami. Tak samo jak mężczyzna, z radością patrzyła na uśmiechniętą trzecią osobę.
   Była nią czternastoletnia, czarnowłosa dziewczyna. Miała morskie oczy, które z uwielbieniem wpatrywały się w śnieżnobiałego persa. To byłam ja. Ja przed porwaniem.
- Grazie! Grazie! Ora lascia Franceska nascondere con il tuo mutt! - Dziękuję! Dziękuję! Niech teraz Franceska schowa się ze swoim kundlem! - zawołałam uradowana. - Come si vede, essa scoppierà con invidia! - Jak ją zobaczy, to pęknie z zazdrości! - zwróciłam się teraz do pary dorosłych. - Grazie! - Dziękuję! - rzuciłam się w ich ramiona. Kobieta zaśmiała się dźwięcznie.
- Come si chiama? - Jak ją nazwiesz? - zapytała. Zmarszczyłam lekko czoło.
- Alpe*. - oznajmiłam po chwili. Mężczyzna chciał się o coś zapytać, ale przerwał mu jakiś trzask. Podszedł do okna, by po chwili odwrócić się z przerażeniem wymalowanym na twarzy. 
- Malvina! - powiedział drżącym głosem. - Sono loro! - To oni!
- Matteo, è impossibile, Veronica imposto Marie incantesimi! - Matteo, to niemożliwe, Veronica nałożyła na Marie zaklęcia! - zawołała. Mężczyzna chwycił młodszą mnie i "moją mamę" i pociągnął pod schody. Wyjął różdżkę, przyłożył ją do schodów. Wymruczał jakieś zaklęcie, które otworzyło tajemne przejście. Młodsza ja spojrzała na niego zszokowana.
- Che cosa sta succedendo qui?! - Co tutaj się dzieje?! - wrzasnęłam. "Mój tata" bezceremonialnie chwycił mnie za łokieć i wrzucił to tunelu. Po chwili Malvina też do niego weszła. 
Che cosa sta succedendo qui?! - zapytała ponownie młodsza wersja mnie. Kobieta popatrzyła na mnie.
- Senti, non si può credere, ma io e Matteo sono maghi e ... Non smettere! - Posłuchaj, możesz nie wierzyć, ale ja i Matteo jesteśmy czarodziejami i... Nie przerywaj! - warknęła, gdy młodsza ja próbowała jej przerwać. Zza przejścia słychać było stłumione odgłosy walki. - Ora concentrarsi è Marie! Nella nostra casa ci sono persone cattive che vogliono rapire voi e approfittare delle finalità molto nefasto! Il fatto che hai preso è solo una questione di tempo... - Teraz skup się Marie! W naszym domu są źli ludzie, którzy chcą Cię porwać i wykorzystać do bardzo niegodziwych celów! To, że Cię złapią to tylko kwestia czasu... - nagle wszystko ucichło. Malvina nakazała mi gestem, bym się nie ruszała i nie wydawała żadnych dźwięków. Sama podeszła na palcach do miejsca, w którym były schody. W mgnieniu oka przejście się otworzyło. Stanęła w nich wysoka postać w czarnej pelerynie i masce. "Moja matka" nie zdążyła wyjąć różdżki. Postać wyciągnęła ją pierwsza i z jego patyka błysnęło zielone światło, które ugodziło Malvinę w pierś. Młodsza ja wydała z siebie zduszony krzyk.

   Prędko podniosłam się do pozycji siedzącej. Obudziłam się w tej samej chwili, w której zadzwonił dzwonek obwieszczający koniec lekcji. Rozejrzałam się nieprzytomnie po otoczeniu. Niektórzy uczniowie zaczęli zbierać swoje rzeczy, inny natomiast budzili śpiochów. Bez zastanowienia dołączyłam do pierwszej grupy. Wyszłam z klasy i pierwsze, co zrobiłam to szukanie charakterystycznej rudej czupryny w tłumie nastolatków. Szybko ją znalazłam. Stała pod oknem i rozmawiała z jakimś chudym, czarnowłosym chłopakiem. Ruszyłam do nich raźnym krokiem, jakby przed chwilą wcale nie przyśniła mi się śmierć kobiety, którą uważałam za matkę.
- Cześć, Lily! - przywitałam się. - Wiesz, co mamy teraz?
- Obronę z Ślizgonami. - odpowiedziała.
- Hej, nie przedstawisz nas sobie?! - zagadnęłam.
- Och, Marie to jest Severus Snape, mój przyjaciel, Sev to Marie Riddle, moja współlokatorka!
- Miło mi! - wyciągnęłam do niego dłoń, którą po krótkim zawahaniu uścisnął. - Czy to nie ty jesteś tym chłopakiem, którego dręczy Black i Spółka Bez Rozumu?
- Tak. - mruknął przez zaciśnięte zęby. - Nie lubisz ich?
- Wiesz, nie lubię nie oddaje tego, co do nich czuję, a z kolei nienawidzę jest za mocne. - odparłam po zastanowieniu. - Ja nimi po prostu gardzę. - stwierdziłam.
   Porozmawiałam trochę z nim. Ten Severus Snape jest bardzo cichy i zamknięty w sobie. Mimo, iż jest w Slytherinie, nie zachowuje się jak ten głąb Malfoy czy Avery. Dowód? Przyjaźni się z Lily, która jest mugolaczką i jest w Gryffindorze. Lepszego dowodu nie dostaniecie.
   Gdy zadzwonił dzwonek weszłam razem z nim i Rudzielcem do klasy. Klasa wyglądała jak zwykle, nie licząc tego, że nie było w niej ławek. Na środku pomieszczenia stał profesor Bedell, a za nim została umieszczona stara szafa z boginem.
- Dzisiaj zajmiemy się boginami! - oznajmił. - Czy ktoś wie, co to za stworzenia? - ręka Lily automatycznie wystrzeliła w gorę. - Panna Evans!
- Bogin jest to zjawa, która przybiera postać naszego największego lęku. Zwykle przebywa w starych szafach, zegarach lub innych ciasnych zakamarkach. - wyrecytowała zielonooka.
- Brawo, panno Evans! - powiedział nauczyciel OPCM. - Gryffindor zdobywa 5 punktów! - rudowłosa pokraśniała z dumy. - Boginy żywią się strachem, a rzeczą, którą je zabija jest... śmiech! Zaklęciem obronnym jest Riddukulus. Powtórzcie!
- Riddukulus! - posłusznie wykonaliśmy nakaz profesora.
- Teraz ustawcie się w kolejce. Poćwiczymy je na boginie. - Gryfoni pospiesznie stanęli na czele kolejki. Nasza odwaga nie zna granic. Pierwszy był jakiś chłopak z mojego domu, którego nie znałam. Nie obchodził mnie jego strach, tak jak następnych osób.
   Piątą osobą była moja blond włosa współlokatorka. Boginem Tamary okazały się robale. Piszczała jak najęta, gdy zaczęły po niej łazić. Kiedy w końcu wykrztusiła zaklęcie, zmieniły się w kolfetti, które utworzyło turban na jej głowie. Z uśmiechem ulgi na twarzy strąciła go z głowy.
   Po niej był Lupin. Nie wiem czemu, ale jego boginem była... pełnia?! Ciekawe dlaczego?  Może kiedyś spotkał wilkołaka? Księżyc zmienił w balon, który z charakterystycznym dźwiękiem zaczął fruwać po klasie.
   Wylądował przed kolejną osobą, Dorcas. Zmienił się w jedną z blond tlenionych lafirynd, kręcących się wokół Black'a i Potter'a. Wiedziałam, że Czarna ich nie lubiła, ale, że się ich bała, to coś nowego! Z kwaśnym uśmiechem zmieniła ją w klown'a, po czym natychmiast usunęła się z drogi następnemu przeciwnikowi bogina.
   Był nim Syriusz Black. Pewnie wystąpił z szeregu i staną na przeciw klown'a, piszczącego swoim kwiatkiem. W jednej chwili zmienił wygląd. Był dziewczyną o kruczoczarnych włosach w szacie Slytherinu. Głowę miała spuszczoną, jednak powoli zaczęła ją podnosić. I uderzyło mnie. Boginem Syriusza Black'a, największego Cassanovy Hogwartu byłam JA. Stałam tam dumnie wyprostowana, z kpiącym uśmieszkiem na twarzy i jakimś złowrogim błyskiem ukrytym w neonowo-fioletowych oczach.
- O, Black, dobrze, że jesteś! - aż zadrżałam, w skutek chłodu w jej głosie. W moim głosie! - Ojciec nauczył mnie pewnego zaklęcia i chciałam je na tobie wypróbować! - bogin wyjął różdżkę. - Avada... - nie mam zielonego pojęcie, dlaczego to zrobiłam, ale gdy usłyszałam pierwszą frazę czaru, w sekundę pojawiłam się obok niego i odepchnęłam go. Teraz ja stałam przed sobą. Byłyśmy do siebie bardzo podobne, wręcz identyczne. Różnił nas tylko kolor oczu i szata.
TRZASK.
Bogin zmienił formę. Był teraz... był moim ojcem. Blada, łysa głowa, krwistoczerwone oczy i czarna szata. Nie chciałam słuchać niczego, co było strachem, więc nim zjawa otworzyła usta, wrzasnęłam:
Riddukulus! - natychmiast bogin zmienił strój, z czarnej czarodziejskiej szaty, na różowe tu-tu. Wykonując skomplikowane piruety, wskoczył do szafy, którą od razu zamknęłam zaklęciem i, ignorując nauczyciela, wyszłam z klasy, głośno zatrzaskując drzwi.

_________________________________________________________________________________

Alpe - imię mojego kota, a raczej kotki ^.^
_________________________________________________________________________________

Rozdział jest długi, dłuższy od poprzednich, mam nadzieję, że się spodobał, liczę na komentarze i przepraszam za błędy :)

niedziela, 5 kwietnia 2015

Rozdział 7 "Pierwszy kawał"

Rozdział dedykuję madziuli, która bardzo chciała rozdział z tym związany :)
Mam nadzieję, że się Wam spodoba!

________________________________________________________

 Wracałam ze szlabanu w wyśmienitym humorze. Znów pokazałam Black'owi, kto tutaj rządzi! Oh yeah! Jestem najlepsza! Uważaj, bo popadniesz w samozachwyt! Z tobą to nie możliwe!
   Swoją drogą, to szlabany są nawet fajne! Tylko co mogę zrobić, by dostać następny! Jak na zawołanie przede mną pojawiła się Pani Norris, kotka Filch'a. Syknęła na mnie. Głupi, stary kot! - pomyślałam. - Że też trzymają takie coś w szkole! Przydałoby się tu zmienić woźnego! I ogólnie zmienić image! - odeszłam trochę od zwierzęcia. - Chwila! Zmienić image?! Pani Norris?! I tak w mojej głowie pojawił się iście szatański plan, którego nie powstydziłby się sam Lucyfer!

***

   Północ. O tej porze wszyscy mieszkańcy zamku Hogwart spali. W każdym razie powinni spać. Bo była pewna czarnowłosa Gryfonka z piątego roku, która na palcach przemierzała jego korytarze. Co chwila się zatrzymywała i nasłuchiwała kroków woźnego. Jej pobyt tu wiązał się z nim. A właściwie z jego pupilką. Celem dziewczyny była ukochana kotka pracownika Hogwartu. Lekko przygryzając dolną wargę, błękitnooka stąpała po kamiennej podłodze cicho jak mysz. I znów zastygła w bezruchu. Tym razem usłyszała ciężkie kroki charłaka. Szybko dała nura do najbliższej klasy. Przez lekko uchylone drzwi rozglądała się po korytarzu. Zza rogu wyszła pupilka woźnego. Szła z dumnie wyprostowanym ogonem, zachowywała się jak wielka pani,która rozgląda się po swoich włościach. Gryfonka wykorzystała okazję. Rzuciła na zwierzę Drętwotę, z prędkością dźwięku wyskoczyła z sali, złapała czworonożne stworzenie i wskoczyła z powrotem do kryjówki. Odczekała, aż starzec pójdzie dalej, po czym rzuciła na kotkę zaklęcie wyciszające i cofnęła poprzednie. Zwierzę rozejrzało się trochę i pokręciło, dopóki nie zauważyło jej. Zaczęło jeżyć sierść, ale ona nie zwróciła na to uwagi. Rzuciła kilka czarów na stworzenie, a po chwili oceniania swojego dzieła uśmiechnęła się z satysfakcją. Wyszła z klasy i ruszyła do Wieży Gryffindoru, zostawiając kotkę samą, do oswojenia się z nowym wyglądem.

***

   W tym samym czasie czwórka Gryfonów również z piątego roku szli w stronę lochów. Trójka nosiła różne rzeczy, a czwarty oświetlał im drogę różdżką oraz co chwilę sprawdzając coś na kawałku pergaminu.
- Szybciej! - syknął prowadzący.
- Nie bądź taki mądry, Łapo! - mrugnął jeden z tragarzy. - To nie ty to dźwigasz!
- Ja robię coś ważniejszego! - oświadczył, dumnie wypinając pierś. - Dyryguję wami! - na co jego koledzy parsknęli śmiechem. - No co?
- Nic, nic. - powiedział szybko najgrubszy z nich.
- Chodźmy, zanim ktoś nas przyłapie...
- Za późno. - odparł pewien kobiecy głos. Czwórka Gryfonów w tej samej chwili przełknęła ślinę i się odwróciła w stronę dziewczyny, która stała za nimi z założonymi na piersi rękoma i uśmiechała się lekko.
- Jak to jest, że odkąd tu jesteś, ciągle nam przeszkadzasz, co Riddle? - zapytał się prowadzący.
- Może dla tego, że macie niesamowity dar... - zaczęła czarnowłosa.
- Och, bo się zarumienię! - powiedzieli chórem chłopcy.
- ...do wchodzenia mi w drogę. - zakończyła ze zjadliwym uśmiechem. Najbardziej skłócony z dziewczyną zrobił krok do przodu.
- Nie zapominaj, że Remus... - wskazał na jednego z tragarzy. - ...jest prefektem, a ty jesteś po północy poza dormitorium.
- Nie zapominaj, że ty też tu jesteś. - odbiła piłeczkę niebieskooka. - Ty i twoja banda "przyjaciół" też jest poza dormitorium po północy, a z tego co wiem, to Lupin nie ma teraz dyżuru. - powiedziała spokojnie, w duchu tańcząc z radości, że ponownie go zdenerwowała. Z niezdrową satysfakcją patrzyła, jak jego twarz robi się purpurowa ze złości, jak zaciska dłonie w pięści i jak jego stalowe oczy ciskają w jej stronę gromy. Po chwili jednak wyprostowała ręce i zaczęła powoli przesuwać nimi przed chłopakami, jakby chciała rozmazać ich obraz.
- Ja was nie widziałam! - mówiła wciąż przesuwając rękami w powietrzu.
- My ciebie też nie widzieliśmy. - oparł czarnowłosy tragarz, po czym cała piątka ruszyła w swoje strony.

***

   Cały Hogwart w rozgardiaszu i ogólnej radości jadł śniadanie. Nikt nie zauważył, że piątka Gryfonów z piątego roku uśmiecha się cwanie.
- Marie, dlaczego się tak się uśmiechasz? - zapytała jedyną właścicielkę owego uśmiechu jej współlokatorka. Ta tylko spojrzała na nią z błyskiem w oczach.
- Zobaczysz... - odparła z tajemniczym wyrazem twarzy. Pytająca tylko wzruszyła ramionami i wróciła do przerwanej  czynności, czyli jedzenia kanapki z dżemem morelowym i flirtowania z sąsiadem. Wszystko przerwał zdyszany i okropnie zdenerwowany woźny. Nie, zdenerwowany to za małe słowo. On był ewidentnie wkurzony! Coś mi się wydaje, że jak się dowie, że to ja zmieniła wygląd jego kotki, to naprawdę będę torturowana jak ci z PED, czyli z Przed Ery Dumbledore'a.
- Profesorze Dumbledore! - krzyknął. - Ktoś... mój schowek... Pani Norris... wandalizm!!! - krzyknął tylko parę słów, z czego kilka słów zrozumiała tylko pewna niewielka grupa Gryfonów, konkretnie Syriusz Black, James Potter, Remus Lupin, Peter Pettigrew, Marie Riddle i Lily Evans, która od nocy głowiła się, co robiła jedna z jej współlokatorek poza dormitorim i to o północy. Teraz wszystko układało się w logiczną, w jej mniemaniu, całość.
- Proszę za mną! Tego nie można opowiedzieć słowami! - wrzasnął rozsierdzony.
- Panie Filch! - profesor McGonagall wstała. Widać było, że zdenerwowały ją krzyki charłaka. - Proszę nas zaprowadzić, a nie krzyczeć na cały Hogwart!
- Spokojnie Minewro. - odparł nieuleczalnie pogodnym tonem Dumbledore. - Argusie, pokarz, co się stało. - powiedział do woźnego Hogwartu. Filch skłonił się krzywo i kuśtykając zaczął prowadzić dyrektora i wicedyrektorkę. Gdy wyszli, Marie wstała.
- Nie wiem, jak wy, ludzie, ale ja chcę się dowiedzieć, o co chodzi! - i ruszyła. Innych Gryfonów też zżerała ciekawość, więc ruszyli za nią. Krukoni nienawidzą czegoś nie widzieć, Puchoni ruszyli, bo nie chcieli być sami z Slytherin'em, a Ślizgoni po prostu chcieli się dowiedzieć, co się stało.
   Schowek Filch'a był nie daleko Wielkiej Sali. Byłam tam wczoraj, gdy McGonagall oddała Potter'a pod "opiekę" charłaka. Jeśli dobrze pamiętam, to drzwi były szare, a nie wściekle różowe! Chyba już wiem, po co Huncwotom była różowa farba do ścian! Brawo, niezły refleks! Cicho bądź! Woźny wszedł do składziku i zaczął wynosić kubły, wiadra, mopy i miotły, wszystko w bardzo męskim kolorze.
- Niech pan popatrzy, profesorze! - warczał pracownik Hogwartu. - Wszystko jest różowe! A to jeszcze nie koniec! - woźny ponownie zniknął za drzwiami w kolorze paznokci fanek Black'a i Potter'a, a po chwili wyszedł z, jak wszystkim się wydawało, nowym kotem. Miał on futro w kolorach tęczy, wygolony ogon i łapy, a na głowie miał irokez w aktualnym kolorze większości rzeczy charłaka. - Ktoś zrobił TO dla Pani Norris!!! - zwrócił się do tłumu uczniów. - KTO.TO.ZROBIŁ!!! - wrzasnął. Wszyscy uczniowie zaczęli spoglądać po sobie. Poczułam nagły przypływ gryfońskiej odwagi. Zrobiłam dwa kroki w przód. Każdy spojrzał w moją stronę.
- To ja. - odparłam bez zawahania. Na korytarzu zrobił się szum. Profesor McGonagall patrzyła na mnie z niedowierzaniem, Filch z chęcią mordu, a Dumbledore uśmiechał się lekko.
- Dlaczego pomalowałaś schowek pana Filch'a i zmieniłaś wygląd jego kotce? - zapytała, ledwie powstrzymując napad gniewu, nauczycielka Transmutacji.
- Ale... - zaczęłam, lecz koś, a raczej ktosie, mi przeszkodził. Przed szereg wyszli Huncwoci.
- Chwila! - powiedział Syriusz. - Riddle może i zmieniła trochę image Pani Norris, ale na pewno nie pomalowała składzika Filch'a!
- A skąd to wiesz Black?! - zapytał woźny. Cassanova Hogwartu parsknął krótkim śmiechem.
- Bo to my to zrobiliśmy. - oznajmił. Dla McGonagall to było chyba za wiele.
- DO DYREKTORA!!! - krzyknęła. - ALE JUŻ!!!

________________________________________________________

Mam nadzieję, że się wam spodobało!
To chyba najdłuższy rozdział jaki napisałam :)
Życzę wszystkim Wesołego Jajka!!!

Wielka Noc


Pijanych króliczków,
zagrychy w koszyczku, 
w Dyngusa zalania 
nie tylko ubrania, 
jaj kolorowych,
świąt ciepłych
i zdrowych,
życzy Dala!

Znalezione obrazy dla zapytania wielkanoc

wtorek, 17 marca 2015

Rozdział 6 "Pierwszy szlaban"

- Oj, Marie, Marie! - śmiała się Ruda. - Gdybyś widziała swoją minę! - spojrzałam na nią bykiem. Byłam w Pokoju Wspólnym Gryfonów, owinięta jak egipska mumia kilkudziesięcioma ręcznikami. Teraz ja byłam pośmiewiskiem całej szkoły! Black i jego świta zapłacą mi za to! Na domiar złego miałam jeszcze szlaban z Huncwotami. Ja nawet nie wiem za co! To oni wrzucili mnie do wody! Może za wpuszczenie chłopców do dormitoriów dziewczyn? Ty się nie odzywaj!
- Dobra, dobra, pośmiałyście się! - warknęłam zła jak osa. - A teraz Lily, czy mogłabyś z łaski swojej oddać moją różdżkę! - podczas ucieczki wypadł mi magiczny patyk. Z dwojga złego lepiej, że miał go Rudzielec niż jakiś Ślizgon!
- Masz! - rzuciła w moją stronę różdżkę.
- Dzięki! - odpowiedziałam, po czym ruszyłam do naszego dormitorium.

***

   Szłam właśnie na szlaban. Mój pierwszy szlaban. Lily, która miała jako takie doświadczenie w szlabanach, dała mi kilka wskazówek. Pierwszą z nich było nie spóźnić się, więc wyszłam z WG (Wierzy Gryffindoru) za dziesięć piąta. Droga do gabinetu McGonagall minęła mi bardzo szybko. Podeszłam do drzwi i zapukałam.
- Proszę! - usłyszałam. Pewnie nacisnęłam klamkę i weszłam do pomieszczenia.
   Nie było ono ani duże, ani małe. Ściany były w czerwonym, lekko wyblakłym kolorze. Przy nich stały regały z książkami, większość z nich było o Transmutacji. Na środku pomieszczenia stało biurko z mahonia, za którym siedziała nauczycielka.
- O, panna Ridle! - zawołała. - Dobrze, że się pani nie spóźniła! - uśmiechnęła się przyjaźnie. Pokiwałam tylko głową, na znak aprobaty. Wybiła siedemnasta, a Huncwotów nie było. Profesor McGonagall powoli się niecierpliwiła. Pięć po siedemnastej. Dziesięć. Rozległo się pukanie do drzwi.
- Proszę! - powiedziała zirytowanym tonem nauczycielka Transmutacji. Do gabinetu weszła dwójka uśmiechniętych od ucha do ucha gryfonów, jeden znudzony tym wszystkim prefekt i jeden żarłok.
- Jak miło żeście w końcu przyszli! - mruknęła zgryźliwie zdenerwowana profesorka. - Gryffindor traci po 5 punktów od każdego z was za spóźnienie! - Remus westchnął zrezygnowany. - Teraz za mną! - zarządziła McGonagall. Z ociąganiem wstałam z bardzo wygodnego fotela i ruszyłam za wicedyrektorką. Z wyższością uniosłam głowę, na znak mojej całkowitej pogardy dla Black'a i Potter'a. Peter'a zignorowałam, co było mu na rękę, a Lupin'owi posłałam cień uśmiechu. Tak jak Lily uważałam go za jedynego normalnego z tej popapranej paczki.
   Doszliśmy do gabinetu Filch'a. Profesorka zapukała lekko.
- Czego?! - warknął charłak, lecz, zobaczywszy surowy wzrok McGonagall, natychmiast się zreflektował. - W czym mogę pomóc?
- Panie Filch... - zaczęła nauczycielka. - Ma pan może jakieś zadanie dla Potter'a? - zapytała. Woźny spojrzał na James'a.
- Tak, tak! - ucieszył się. - Na pewno coś się znajdzie! - pociągnął Szukającego za rękaw. - Chodź szczeniaku! - gryfon puścił perskie oczko dla Black'a. Tylko ja to chyba zauważyłam. Cała nasza czwórka ruszyła w stronę Skrzydła Szpitalnego za profesorką. Tam zostawiła Potter'a i Pettigrew na "pastwę" szkolnej pielęgniarki. Czyli będę miała szlaban z Syriusz'em. Super! - pomyślałam. - Lepiej być nie mogło, naprawdę! 
- Wy odkurzycie puchary w Izbie Pamięci. - oznajmiła McGonagall. - A teraz oddajcie różdżki! - Bęcwał szybko położył swój magiczny patyk, a ja tylko dublikat. Drugą radą było zdublikować sobie różdżkę. Po co się męczyć, skoro magia może zrobić wszystko za nas :)
- Przyjdę za dwie godziny! - zakomunikowała profesorka. Odwróciłam się do drzwi i otworzyłam ją. Była ogromna. Pod każdą ścianą ze złota stała gablota, a w niej puchary od początku Hogwartu. Z Quiddith'a, Puchary Domów i mnóstwo, mnóstwo innych.
- Sporo sprzątania. - stwierdził mój wróg nr 1, sięgając po ścierkę. Uśmiechnęłam się pod nosem.
- Nie koniecznie. - mruknęłam, wyjmując różdżkę z prawego buta. - Chłoszczyść! - Syriusz stanął z rozdziawioną buzią. - No co?!
- Co?! Gdzie?! Jak?! - wymamrotał.
- Różdżką, Black, różdżką! - odpowiedziałam, bawiąc się wspomnianym przedmiotem. - Mógłbyś się przesunąć? - bez słowa odszedł pod ścianę, a ja schowałam różdżkę z powrotem do buta. Odeszłam parę kroków do tyłu, zrobiłam z rąk ramkę. - Powinno wystarczyć. - wyszeptałam ledwie słyszalnie. - W sumie, to dzięki! - powiedziałam głośniej.
- Za co?
- Dzięki tobie mogę poćwiczyć! - zaczęłam biec, wyciągnęłam ręce do góry, zrobiłam kilka gwiazd, a na koniec wybiłam się do góry, zrobiłam śrubę w powietrzu i z lekkością i delikatnością baletnicy wylądowałam. - Jeszcze nie zardzewiałam!
- Łapo! Łapo zgłoś się! - usłyszałam. Chłopak, nadal zszokowany, sięgną do kieszeni, skąd wyjął małe lusterko. - No jesteś! Co się stało?
- Ja się jej boję! - pisnął. Potter wybuchnął śmiechem.
- A czego tu się bać? - zapytał rozbawiony. Zrobiłam do Black'a ruch, żeby mnie pokazał. Chłopak to zrobił, a wykonałam te same akrobacje, co wcześniej. - Ok, może jest czego, ale nie ma różdżki!
- Właśnie, że MA!!! - wrzasnął.
- Wiesz, co Black. - popatrzył na mnie. - Chyba częściej będę was ośmieszać! Szlaban z wami to czysta przyjemność!
- AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!
_________________________________________________________________________________

I jak się podoba? Wpadłam na pomysł, by raz publikować tu, a raz TU!
Co wy na to?

poniedziałek, 9 marca 2015

Rozdział 5 "To jest zemsta Huncwotów, kochana"

Tak mnie lekko wena podtopiła, więc musiałam coś wylać.
Zapraszam na moje... coś!
______________________________________________________________

   Obudziłam się następnego dnia w wyśmienitym humorze. Zresztą, kto by się nie cieszył, że zrobił kawał największym kawalarzom w Hogwarcie?! Spojrzałam na zegarek, stojący na mojej komodzie. 7:30. Wow... Chyba zmieniam się w rannego ptaszka! Dziś sobota i można dłużej pospać, ale ja już się wyspałam, więc postanowiłam zająć łazienkę, póki dziewczyny śpią. Wzięłam jakieś przypadkowe ubrania i weszłam do łazienki. Wzięłam szybki, zimny prysznic, wysuszyłam i pokręciłam włosy, ubrałam zabraną z pokoju odzież, którą okazała się biała opinająca ciało bluzka i czarne leginsy i moją ulubioną liliową bluzę. Przejrzałam się trochę w lustrze, po czym poczochrałam lekko swojej włosy, by były bardziej puszyste. Wyszła z łazienki i omiotłam pomieszczenie krytycznym wzrokiem. Był tu straszny burdel, ale można przeżyć. Dziewczyny dale spały, lecz poczułam, że moim obowiązkiem jest je obudzić. W bardzo wredny sposób! Bu-ha-ha-ha-ha!
   Wyszłam z naszego dormitorium i skierowałam swe kroki do królestwa Huncwotów. Otworzyłam cicho drzwi i rozejrzałam się po pokoju. Tu też wszyscy spali. Wyszeptałam odpowiednie zaklęcie i po chwili dwójka Huncwotów wisiała w powietrzu. Przeniosłam ich przez pusty pokój wspólny i wróciłam do swojego pokoju. Ruszyłam w stronę łóżka rudowłosej Gryfonki i obok niej położyłam Jamesa, a przy Dorcas-Syriusza. Wyczarowałam trzy kubły z lodowatą wodą, które umieściłam nad łóżkami współlokatorek. Upiekę dwie pieczenie na jednym ogniu! Obudzę dziewczyny i ponownie zrobię kawał Potterowi i Black'owi. Cichaczem wyszłam z dormitorium. Przez lekko uchylone drzwi przyjrzałam się śpiącym Gryfonom.
- Czas na pobudkę! - szepnęłam i krótko machnęłam różdżką, po czym pędem ruszyłam do Wielkiej Sali. Nie chciałam, by domyślili się, że to ja. Mimo pośpiechu zdążyłam usłyszeć wrzask przerażonych Lily i Dorcas.
   Jesteś okropna! Wiem, ale coś musiałam odziedziczyć po ojcu! Bez komentarza!
   Po kilku minutach biegu dotarłam do na śniadanie. Przy stole Gryfonów siedziało kilka osób. Usiadłam i spokojnie zaczęłam jeść. Nie minęło pół godziny, a na salę weszli Huncwoci z moimi współlokatorkami z istnym mordem w oczach.
   Oj, chyba mam kłopoty! No raczej! Mam dla ciebie dobrą radę. Jaką? WIEJ!!!
   Za radą mojego sumienia, wyskoczyłam z ławki i popędziłam na około do wyjścia.
- MARIE! - usłyszałam krzyk. Przyspieszyłam lekko, ale to nic nie pomogło. Przed drzwi do WS wyskoczyli Syriusz i James. Z tyłu natomiast stały Dorcas, Lily i Mara.
- Ładnie to tak budzić koleżanki? - zapytała wściekła Ruda. Mówiłam, że masz tego nie robić, ale ty mnie jak zwykle nie słuchałaś! Nic nie mówiłaś!!! Ale chciałam!
- Chłopaki! - krzyk Meadowes kazał mi przerwać kłótnie z własnym sumieniem. - ATAK!!! - wszyscy wyjęli różdżki i krzyknęli: - Aquamenti Maxima! - padłam plackiem na ziemię w ostatniej chwili. Moi oprawcy zaczęli oblewać siebie na wzajem, a ja doczołgałam się do drzwi i wyszłam.

***

   Ale masz nauczkę na przyszłość! Jaką niby?! Nigdy nie budź w ten sposób przyjaciółek, bo oberwiesz! No dzięki, sama bym w życiu się nie domyśliła! Nie ma za co, to ja spadam!
   Leżałam aktualnie na ramieniu Black'a. Za nim szli w odległości około jednego metra James, Lily, Dorcas i Tamara. Mój pomysł na kryjówkę nie był zbyt dobry, bo pół godziny później znaleźli mnie. Teraz Syriusz niesie mnie w stronę Sali Wejściowej. Już wiem, co kombinują! Ale ja jestem sprytniejsza!
- Syriuszu, postaw mnie! - zaczęłam swoją grę przesłodzonym tonem.
- Nie. - powiedział zimno.
- Proszę!
- Nie.
- Ale ja tak ładnie proszę! - pomachałam wdzięcznie oczami.
- Powiedziałem: nie! - syknął. Okej nie chcesz po dobroci, to trzeba podstępem.
- Pff... Powinieneś mi dziękować! - etap II już nie jest taki słodki.
- Niby za co?! - spytał oschle.
- No błagam Cię! - odpowiedziałam. - Chyba nie powiesz, że nigdy nie chciałeś widzieć Dor w mokrej koszuli nocnej?! - za odpowiedź miałam ciszę, więc ciągnęłam dalej. - Widać, że nie znasz się na żartach.
- Ja się nie znam?! - nadszarpnięte ego - jest! - JA SIĘ NIE ZNAM!!!
- Tak, bo nie chcesz mnie postawić! - jeśli to zrobi to ogłaszam uroczyście, że jest on podgatunkiem człowieka. Chłopak postawił mnie na ziemię.
- I co? 
- Jesteś najgłupszym stworzeniem jakie kiedykolwiek widziałam! - parsknęłam śmiechem, po czym zaczęłam biec najszybciej jak potrafię.
- EJ! - usłyszałam za sobą krzyk i stukot kilku par butów. Nie byłam szybka, ale teraz mogłabym wyprzedzić nawet Kubicę! Niestety, przeliczyłam się. Po kilku minutach biegu dogonił mnie Syriusz, złapał i prędko wyszedł na błonia, bo akurat złapał mnie przy Sali Wyjściowej. Było ciepło i każdy uczeń Hogwartu był tam. Wszedł na molo, które stało w jeziorze, daleko od jaskini trytonów.
- Hej! - krzyknęłam. - Ja wylałam na was tylko trzy wiadra wody i to w dormitorium, a wy chcecie mnie upokorzyć na oczach całej szkoły! To nie fair! 
- Jakby nie patrzeć, to ty wczoraj też upokorzyłaś nas na forum szkoły! - powiedział z ironicznym uśmiechem Black. - To jest zemsta Huncwotów, kochana! - i wrzucił mnie do wody.

________________________________________________________

Daje wam pełne pozwolenie na poćwiartowanie i spalenie mnie za ten pomiot prawdziwej prozy! Tylko zróbcie to szybko!

poniedziałek, 23 lutego 2015

Problemy

   Przepraszam was bardzo!
   Mam malutkie problemy z napisaniem notki, głównie z przyczyn osobistych.
   Nie wiem kiedy się pojawi następny post, mam nadzieję, że nie długo.
   Pozdrawiam wszystkich gorąco!